Dziś kolejna „odsłona” mojej podróży w okolice Krakowa, czyli do Piekar. Czyli tam, gdzie ze niskiego wzgórza można obserwować jak do życia budzi się dzień, jak nad łąkami unoszą się mgły. W końcu – jak zza drugiego brzegu wyłania się klasztor Benedyktynów. Cel tej podróży był następujący: zobaczyć jak prezentuje się to miejsce zimą i zrobić zdjęcia podczas wschodu słońca jeśli warunki będą odpowiednie. Aby ten plan zrealizować wyjechaliśmy z Warszawy o północy, aby przypadkiem się nie spóźnić 😉 Skoro już do przejechania mieliśmy ponad 450 kilometrów to uznałem, że lepiej być wcześniej i poczekać w samochodzie niż zajechać po porannym spektaklu.

Mieliśmy całkiem niezły zapas czasu. Na tyle duży, że można było zrobić sobie drzemkę w samochodzie, zjeść i obserwować co dzieje się wokoło. A działo się niewiele, bo wszystko było zasłonięte mgłą. Podjąłem decyzję, że spróbujemy pojechać samochodem w górę i stamtąd poszukamy miejsca, z którego można zrobić zdjęcia. Jak się okazało, moja pamięć w tym przypadku trochę mnie zawiodła i trudno było znaleźć mi tę miejscówkę o której myślałem jako punkcie startowym do zdjęć. A poza tym, i tak za wiele widać nie było. Zadecydowaliśmy szybko, że wracamy w dół, do naszej pierwotnej miejscówki. A ona moim zdaniem była niezwykle klimatyczna zatem nie można było narzekać. Bo warunki trafiły się specyficzne. Tak wyglądała droga, z którą wjechaliśmy zostawiając samochód przy brzegu Wisły. Można rzec jednym słowem: mglisto…

Ale jak wiadomo, ja takie warunki zdecydowanie uwielbiam, więc byłem zadowolony! Nie wspominając o tym, że lubię fotografować wierzby.

Z racji tego, że temperatura była niska (kilka stopni na minusie), to łąki były zaszronione. Dzięki temu zdjęcia zawierały w sobie namiastkę zimy. Piszę „namiastkę”, ponieważ prognoza (jak to zazwyczaj) nie sprawdziła się i śnieg nie padał, ani go praktycznie nie było jak zajechaliśmy do Piekar. Mimo wszystko postanowiłem ująć taki oto widok:

Kiedy już wykonałem kilka kadrów, udałem się nad brzeg Wisły, aby wypatrywać klasztoru. Tradycyjnie już takie wyczekiwanie trwało długo, bowiem mgły były spore, a słońce gdzieniegdzie dawało oznakę swojego istnienia i nieśmiało dawało do zrozumienia, że jest… Ale szczerze mówiąc coś takiego też mi odpowiadało i można było to odpowiednio wykorzystać. Tym bardziej, że w pobliżu znajdował się motyw przewodni – czyli drzewo. Postanowiłem ująć je w ten sposób, aby pokazać zamglone tło. Szczególnie dlatego, że słońce, które oświetlało brzeg będąc po przeciwnej stronie – nadało ciekawy, trochę mroczny charakter temu miejscu. Podobnie było z nabrzeżną roślinnością, która zaczęła ładnie prezentować się w tym minimalnym świetle wschodzącego słońca. Poniżej kilka kadrów:

Tymczasem niewiele się zmieniało…Widoczność była mocno ograniczona. Opactwo Benedyktynów w Tyńcu schowane za mgłą. Postanowiliśmy wrócić do samochodu, rozgrzać nieco zmarznięte dłonie i coś zjeść. Po odpoczynku wyruszyliśmy ponownie w poszukiwaniu miejsca, z którego można dotrzeć od strony głównej ulicy, aby mieć widok z góry na Tyniec. Wjechaliśmy w kilka uliczek, ale żadna z nich nie była tą właściwą. Zapytałem przypadkową osobę, gdzie mamy jechać, by trafić na punkt widokowy. – Skręćcie w prawo, przy drewnianym słupie, jakaś piąta uliczka stąd… I tam koło Jurka Dudka pojedźcie to będzie tam – powiedział zapewne mieszkaniec Piekar. Pomyślałem, że „Jurek Dudek” ma być takim „znakiem nawigacyjnym”, że w razie czego podjedziemy pod jakiś dom i zapytamy czy tu mieszka pan Jurek. Nawet zażartowałem w samochodzie, że może to „ten” pan Jurek – były bramkarz naszej reprezentacji, Liverpoolu i Realu Madryt. Zatrzymałem samochód przy ostatnim domu i wyszedłem szukać punktu widokowego. I udało się. Ale jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem że po drugiej stronie domu znajduje się małe boisko oraz na dużej szybie balkonowej naklejka postaci Jerzego Dudka 🙂 A zatem to był jednak ten pan Jurek. Co prawda nie udało nam się spotkać, za to zamiast p. Jurka na przywitanie wyszło nam pięć saren. W zasadzie to one były chyba zdziwione naszą obecnością o tej porze, a my z kolei, że są w takim miejscu. Po krótkiej wymianie spojrzeń, sarny udały się w inne miejsce – jeszcze wyżej, a ja postanowiłem skupić się na tym co zastałem.

Widok z tej łąki spodobał mi się ze względu na to, iż słońce wschodzące z prawej strony dawało mocne światło. Ale nad Wisłą cały czas unosiła się jeszcze mgła.

Jak można się domyśleć klasztor był w związku z tym już widoczny w całej swej okazałości. Z ciekawości sprawdziłem, że te ostatnie zdjęcia były wykonane około trzech godzin od zrobienia pierwszej fotografii w tym miejscu. Zatem tyle czasu trwały moje poranne wędrówki z aparatem po łąkach i drogach. A wszystko to w poszukiwaniu zimowych kadrów z miejsca, które darzę sentymentem i do którego chciałbym jeszcze niejeden raz powrócić. Wtedy kiedy będzie śnieżnie, mroźnie i słonecznie zarazem 😉 O! Takie wymagania 🙂 Tylko pytanie, czy w tym roku jeszcze się uda, czy jednak zima będzie bardziej łaskawa…

 

Fotografie:  Mariusz Kalinowski

 

1,525 total views, 3 views today

Komentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *