Blog

Przepięknie wykorzystany dar

„Do profesora Zbigniewa Religi, którego w ogóle nie znałem, a miałem wyłącznie o nim informacje z prasy, napisałem list, który zawierał tylko 3 zdania: „Jestem nauczycielem. Mam chore serce. Proszę o pomoc”. Po dwóch tygodniach dostałem zaproszenie na konsultację do Zabrza” – opowiada Pan Tadeusz Żytkiewicz – który w tym roku świętował rocznicę 20 lat od dnia, w którym przeszczepiono mu serce.

To do Pana Tadeusza otrzymałem z Zabrza numer telefonu i z wielką radością przyjąłem wiadomość, że właśnie ten Pan – jeden z dwóch najdłużej żyjących w Polsce osób po przeszczepie, zechce opowiedzieć mi swoją historię. Jak się okazało: przepiękną historię pisaną przez życie. Po ustaleniu terminu spotkania skontaktowałem się także z Panią Anną Julewicz, która w lutym będzie obchodziła równie imponującą, bo 10 rocznicę przeszczepu. To właśnie z Panią Anną i z Panem Tadeuszem, a kilka dni później również z Panem Wojciechem Skubiszakiem – wiceprezesem Zarządu Głównego Stowarzyszenia Transplantacji Serca (na co dzień wykładowcą akademickim Uniwersytetu Warszawskiego) spotkałem się w siedzibie Stowarzyszenia Transplantacji Serca w Warszawie, by porozmawiać o ich życiu – życiu, które otrzymali po raz drugi dzięki transplantacji. Przedstawiam Państwu 3 fascynujące historie, które ukazują jak wspaniale Pani Anna, Pan Tadeusz i Pan Wojciech wykorzystali otrzymaną szansę od Boga na „przedłużone” życie.

Anna Julewicz

Problemy z sercem u Pani Anny zaczęły się w 1989 roku. Pracowała wtedy w dużej spółdzielni inwalidzkiej. „Pewnego dnia udałam się na badania kontrolne, gdyż niezbyt dobrze się czułam. Lekarz, który mnie zbadał i wykonał EKG stwierdził, że to zawał. Przewieziono mnie do szpitala i tam po kolejnych badaniach okazało się, że nie był to zawał, a początkowe zapalenie mięśnia sercowego. Przyczyną zapalenia było to, że nie do końca wyleżałam grypę” – opowiada Pani Anna. W 1995 roku doszły kolejne dolegliwości – duszności napadowe, które niestety zdarzały się coraz częściej. „Koleżanka doradziła mi, abym udała się do wówczas istniejącej fundacji Instytutu Kardiologii w celu wykonania odpowiednich badań. Tak też uczyniłam” – dodaje. Wstępna diagnoza pani doktor od razu brzmiała: „Zanosi się chyba nawet na przeszczep serca”. Jesienią Pani Anna dostała skierowanie do Instytutu Kardiologii w Aninie. Był wówczas 1997 rok. „Po wykonaniu koronografii lekarz prowadzący przyszedł do mnie z panem profesorem Rużyłło i oświadczył, że jeszcze raz przejrzał z profesorem wszystkie materiały i uważa, że kwalifikuje się do transplantacji serca” – wspomina Pani Anna. „Miałam wielkie szczęście, że trafiłam na wspaniałego lekarza (dr Krzysztofa Cedro). Doskonale mi wszystko wytłumaczył. Był wtedy październik i tenże lekarz powiedział mi, że moje papiery są już w Zabrzu i jestem zakwalifikowana do przeszczepu – dodaje.

„Udało się za trzecim razem. Był luty. Pamiętam ten dzień bardzo dobrze. Miałam już wcześniej przygotowaną torbę z najbardziej niezbędnymi rzeczami, na wypadek ewentualnej podróży do Zabrza, gdyż jak pierwszy raz otrzymałam telefon o tym, że jest serce i zaczęłam się pakować, to byłam tak zestresowana, że zamiast szczoteczki do zębów włożyłam szczotkę do czyszczenia butów”

W oczekiwaniu na serce

„Byłam na „pilnej liście” do przeszczepu i pierwszy telefon z informacją, że jest dla mnie serce miałam już z Zabrza po miesiącu. Niestety okazało się, że nie jest do czyszczenia butów” – śmieje się Pani Anna, która jest bardzo radosną i żywiołową osobą. „Miałam iść do fryzjera, ale postanowiłam, że najpierw pojadę do Falenicy do córki i mojej wnuczki. Byłyśmy już ubrane i miałyśmy iść na spacer. Zadzwonił telefon. Córka wróciła i słyszę, że jej rozmowa jest jakaś inna niż ze zwykłymi znajomymi. I powiedziała: A z resztą Panie doktorze, jest tu mama więc przekażę słuchawkę. Wzięłam słuchawkę, odezwał się lekarz: Dzień Dobry. W jakiej pani jest formie? Dzwonię z Zabrza z Kliniki ze Śląskiego Centrum Chorób Serca. Jeżeli wszystko będzie dobrze, to będę robił pani transplantację. I tak z Instytutu Kardiologii w Aninie przewieziono mnie na Bemowo, a stamtąd helikopterem do Zabrza” – wspomina Pani Anna jakże ten ważny dla niej dzień.

Modlę się za tę dziewczynę

„Noszę w sobie serce 16 letniej dziewczyny, która zginęła w wypadku. Co roku od początku w rocznicę mojego przeszczepu zamawiam Mszę w intencji mojego dawcy i modlę się za nią” – mówi mi przez łzy Pani Anna, kiedy pytam ją o jej duchowość, wiarę i dawcę.

A życie toczy się dalej

Dziś Pani Anna jest niezwykle pogodną i radosną osobą. Trafiła także do Stowarzyszenia Transplantacji Serca. „Kiedy tu przyszłam, Stowarzyszenie już istniało. Jego założyciele i członkowie chodzili do pacjentów i odwiedzali ich. Informowali jednocześnie, że jest tego typu stowarzyszenie, które zrzesza osoby po przeszczepach, że są wspólne zjazdy, spotkania i wzajemna pomoc. Zapisałam się do stowarzyszenia, a obecnie moja rola polega na tym, że chodzę do szpitala, by spotkać się z osobami, które są „świeżo” po przeszczepach lub na taką operację czekają. Pomagam także w zrobieniu zakupów i innych sprawach. Niektórzy z nich są w trudnym stanie psychicznym. Jak zobaczą taką osobę jak ja, która jest aktywna fizycznie i wszystko robi, to jest im łatwiej i niektórym to pomaga” – mówi z uśmiechem Pani Anna. Do kontroli musi stawiać się obecnie co 3 miesiące. Podczas niej pobierana jest krew celu oznaczenia poziomu stężenia leku immunosupresyjnego we krwi, który osoby po przeszczepie muszą brać. Raz na rok wykonywane są także takie badania jak Echo Serca, a w razie potrzeby biopsja lub koronografia. „Kontrolowane jest także ciśnienie tętnicze krwi. Ważne jest także badanie nerek, gdyż lek immunosupresyjny może niestety je niszczyć. Stąd wiele osób po przeszczepie serca, ma także później przeszczepioną nerkę. Dlatego nazywają nas składakami” – śmieje się Pani Anna.

Tadeusz Żytkiewicz

Problemy zdrowotne tego sympatycznego, starszego Pana rozpoczęły się tak przed 30 laty. „W wieku 44 lat miałem bardzo poważny zawał. Był on na tyle ciężki, że lekarze nie dawali mi dużych szans na przeżycie” – mówi Pan Tadeusz, który był nauczycielem historii i wiedzy o społeczeństwie, a w okresie w którym miał pierwszy zawał pełnił funkcję inspektora szkolnego. „Chyba stres i nerwy w tamtym czasie mnie prawie wykończyły” – dodaje. Po zawale powrócił do pracy, ćwiczył i był pod opieką kardiologów. Po 10 latach od tamtego momentu, pojawił się kolejny zawał, a trzeci za następne dwa lata. Wtedy powiedziano mu, że to już koniec. „Lekarz, który leczył mnie tutaj w Instytucie Kardiologii powiedział, że jest zupełnie źle. Miałem zaprzyjaźnionego lekarza kardiologa, do którego od czasu do czasu chodziłem. Podczas jednego spotkania wspomniał, że jedyną szansą dla mnie jest przeszczep serca. Był to rok 1985, kiedy profesor Zbigniew Religa wykonał już pierwsze takie operacje. Do profesora Zbigniewa Religii, którego w ogóle nie znałem a miałem o nim wyłącznie informacje z prasy napisałem list. Zawierał on tylko 3 zdania: „Jestem nauczycielem. Mam chore serce. Proszę o pomoc”. Po 2 tygodniach dostałem zaproszenie na konsultację do Zabrza, a tego się w ogóle nie spodziewałem” – wyznaje z radością Pan Tadeusz. „Pojechałem do Zabrza. Zajął się mną wtedy profesor Stanisław Pasyk. Po wykonanej koronografii profesor ten oznajmił mi, że nie mam szans na przeszczep, gdyż barierą jest mój wiek.

Miałem wtedy 61 lat. Po sąsiedzku znajdował się akurat profesor Zbigniew Religa, do którego udałem się będąc wtedy w Klinice w Zabrzu. Profesor Zbigniew Religa powiedział wtedy: „Nie ma bariery wieku. Jeżeli płuca i nerki są zdrowe to spróbujemy” – opowiada Pan Tadeusz. „Straciłem nadzieję. Do tego stopnia, że nawet napisałem testament, nagrałem się na taśmę, schowałem w kopertę na której dałem napis: Otworzyć po mojej śmierci. Kopertę mam do dzisiejszego dnia nieotwartą”

Daj moje serce Relidze

„Był 4 sierpnia 1987 roku. Byłem wtedy na spacerze. Żona przyjechała z sąsiadem samochodem i już wiedziałem, że chodzi o przeszczep. Pojechaliśmy na lotnisko na Bemowo, a następnie helikopterem do Krakowa, a stamtąd do Zabrza. Tej nocy miałem przeszczepione serce. A wykonał ten zabieg profesor Zbigniew Religa” – wspomina ten dzień Pan Tadeusz.

Pokazuje mi jedną fotografię. Została ona zrobiona przez Jamesa Stanfielda po całonocnej operacji transplantacji serca przez profesora Zbigniewa Religę. Na zdjęciu widać profesora obserwującego na ekranie funkcje życiowe pacjenta, który również jest widoczny, leży na stole operacyjnym i jest podłączony do aparatury podtrzymującej życie. „To właśnie ja leżę na tym stole” – mówi Pan Tadeusz. Co ciekawe, zdjęcie to wykonane w 1987 roku zostało uznane przez National Geographic za jedną ze 100 najlepszych fotografii na świecie.

„Zatem w tym roku obchodziłem wspaniały jubileusz – 20 lat po przeszczepie. W Polsce oprócz mnie taki jubileusz świętował jedynie mój kolega Jerzy Badurski, który miał przeszczepione serce w lipcu, a więc jest trochę starszym ode mnie „dwudziestolatkiem” – mówi szczęśliwy Pan Tadeusz Żytkiewicz. Dawcą serca dla Pana Tadeusza był mężczyzna z Krakowa, który uległ wypadkowi. „Dowiedzieliśmy się z relacji jego żony, że miał kiedyś powiedzieć do niej: Słuchaj, gdyby coś mi się stało, daj moje serce Relidze” – mówi Pan Tadeusz, który w tym momencie jest niezwykle wzruszony i z trudem powstrzymuje swoje łzy. „I tak też zrobiła. Zapytała tylko lekarza, kto otrzyma serce. Odpowiedziano jej: Nauczyciel z Warszawy. Nic więcej nie wiedziała. Po operacji zadzwoniła do mojej żony i zapytała czy przeszczep się udał. Moja żona z synami spotkała się z tą panią i wspólnie udali się na grób tego pana, by tam złożyć kwiaty i pomodlić się za niego. Ja osobiście z tą kobietą nigdy się nie spotkałem. Baliśmy się tego. Bądź co bądź, ja mam cząstkę jej męża. Potem ta pani wyjechała do USA i od tamtej pory kontakt z nią się urwał” – opowiada dalej Pan Tadeusz.

Zrobił prawo jazdy i przeszedł przeszczep nerki

„Pierwszy dzień po przeszczepie był cudowny” – opowiada z wielkim podekscytowaniem Pan Tadeusz. Wrócił do domu i 28 października i w rodzinnym gronie hucznie obchodził swoje imieniny. W następnym roku od września powrócił do pracy zawodowej. „Nauczyciele i młodzież bardzo ładnie mnie przyjęli. W między czasie zrobiłem prawo jazdy i jeżdżę samochodem do dzisiaj” – dodaje dumnie. W szkole pracował do 2000 roku, gdyż właśnie wtedy „posłuszeństwa odmówiła” nerka. „Pół roku byłem dializowany i w związku z tym, musiałem przerwać pracę, do której już nie powróciłem. W czerwcu 2000 roku przeszczepiono mi nerkę. Pochodziła ona od młodego człowieka, który zginął w wypadku” – wspomina były nauczyciel.

Spisał testament, który do dziś leży schowany w szufladzie

Kiedy zapytałem Pana Tadeusza, co czuł kiedy lekarze nie dawali mu szans na przeszczep i dawali małe szanse na przeżycie, odpowiedział mi: „Straciłem nadzieję. Do tego stopnia, że nawet napisałem testament, nagrałem się na taśmę, schowałem w kopertę na której dałem napis: „Otworzyć po mojej śmierci”. Kopertę mam do dzisiejszego dnia nieotwartą – śmieje się Pan Tadeusz. Wierzyłem jednak w to, że jeżeli będzie jakiś dawca serca, to wszystko będzie dobrze – dodaje.

Społecznik od urodzenia

Pan Tadeusz Żytkiewicz, który mówi o sobie że jest społecznikiem od urodzenia do 2005 roku pełnił funkcję prezesa koła warszawskiego Stowarzyszenia Transplantacji Serca Transplantacji Serca. Obecnie jestem wiceprezesem tego koła, a także pełnię funkcję pełnomocnika Zarządu Głównego Stowarzyszenia Transplantacji Serca do kontaktów z Sądami. Obecnie istnieją 3 koła tego stowarzyszenia: w Warszawie, Zabrzu i Krakowie, a więc tam gdzie znajdują się ośrodki transplantacyjne. „Każdego roku organizujemy spotkanie osób po przeszczepie serca. Takie spotkania są niezbędne, gdyż mamy możliwość konsultacji z wieloma specjalistami najwyższej rangi (kardiolog, kardiochirurg, dermatolog, urolog, stomatolog). To pierwsza część spotkania. Druga dotyczy spraw organizacyjnych naszego stowarzyszenia i wtedy przyjmujemy do naszego grona nowe osoby, które miały przeszczep. Z kolei w następny dzień mamy uroczystą kolację, podczas której honorujemy „dziesięciolatków”, „piętnastolatków”, a nawet „dwudziestolatków” – opowiada Pan Tadeusz „Bierzemy udział w każdym spotkaniu związanym z transplantologią. Mamy ścisły kontakt z profesorem dr hab. nauk med. Januszem Wałaszewskim – dyrektorem POLTRANSPLANT-u, z profesorem Wojciechem Rowińskim – krajowym konsultantem do spraw transplantologii. Jesteśmy zadowoleni z postawy Kościoła. Ostatnie orędzie biskupów wygłoszone w Kościołach 23 września b.r. w sprawie przeszczepów pod tytułem „Międzynarodowy Krwiobieg Miłości” było bardzo dobre. Spotykamy się ze studentami i staramy się na ile to możliwe propagować transplantologię” – dodaje.

WOJCIECH SKUBISZAK

„Byłem bardzo zdrowym człowiekiem. Rok przed pierwszym zawałem wybrałem się na roczną wyprawę polarną na Spitsbergen. Przed wyprawą przeszedłem wszystkie konieczne badania w Instytucie Medycyny Lotniczej w Warszawie. Nic wtedy nie wskazywało, że mam jakiekolwiek wady serca.

Niestety rok po powrocie z wyprawy miałem pierwszy mocny zawał (bez żadnych wcześniejszych objawów). Miałem wówczas 38 lat. Pięć lat później nastąpił kolejny zawał i ostatni w 1990 (9 lat od pierwszego zawału). Trzeci zawał przeszedłem w Hamburgu, będąc w delegacji służbowej. Po 3 zawale serce było tak osłabione, że jedynym ratunkiem był przeszczep serca” – opowiada Pan Wojciech. Przyczynę wystąpienia zawałów upatruje w kilku czynnikach: paleniu papierosów, piciu kawy, nieregularnym odżywianiu i wyczerpującym trybie życia związanym z pracą naukową i dydaktyczną na Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Fizyki. Z drugiej strony Pan Wojciech uważa także, że znaczny wpływ na wystąpienie u niego zawałów miały uwarunkowania genetyczne (jego ojciec zmarł bowiem na zawał serca).

Budziłem się, kiedy lizał mnie pies

„Po trzecim zawale byłem już tak słaby, że w mieszkaniu na drodze z pokoju do łazienki zdarzało mi się nawet dwukrotnie zasłabnąć. Budziłem się kiedy pies mnie lizał” – opowiada. Był na tyle bezsilny, że nie mógł samodzielnie starać się o leczenie ani szukać pewnych rozwiązań. „Wszystko zawdzięczam żonie. To ona postarała się znaleźć „dojście” do profesora Zbigniewa Religi. W tamtym czasie był taki krótki okres kiedy profesor Zbigniew Religa (wówczas był docentem) prowadził dwa ośrodki kardiochirurgiczne (w Zabrzu i w Warszawie). Ja byłem operowany właśnie w Warszawie i był to piąty zabieg w stolicy” – wspomina Pan Wojciech. Na pierwszą wizytę do profesora poszedłem w styczniu 1991 roku. Byłem wtedy bardzo spięty i zdenerwowany. Uważam, że tylko idiota się nie boi i nie ma lęków. Po tej rozmowie wyszedłem zupełnie uspokojony i wręcz czekałem na to kiedy nastąpi przeszczep. A zabieg odbył się 25 maja 1991 roku. „Tego dnia, żona była w pracy. Wtedy były jeszcze takie czasy, że w domu nie miałem telefonu. Zadzwoniono do mojej sąsiadki z informacją, że jest dla mnie serce. Córka przyjechała do mnie do domu i odwiozła mnie do Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA na ul. Wołoską. Kiedy spotkałem się przed operacją z profesorem Zbigniewem Religą, to jeszcze sobie żartowaliśmy i zupełnie spokojnie bez żadnych obaw oczekiwałem na przeszczep” – opowiada Pan Wojciech o tym jakże ważnym dla niego dniu. Wie, że bije w nim serce 32 letniego mężczyzny.

„Zastanawiam się nad losem dawcy. Jestem katolikiem i wiem, że ta osoba, która nagle „odchodzi” nie jest zawsze przygotowana. W związku z tym sporo czasu w moich modlitwach poświęcam temu mężczyźnie, dzięki któremu dzisiaj mogę dalej żyć”

– kontynuuje tą wzruszającą wypowiedź Pan Wojciech.

Spotkało mnie w życiu coś wyjątkowego

Po przeszczepie nie poznawał siebie. „Miałem tyle energii, że naprawdę chciałem podnieść się z łóżka i iść. Była to niesamowita różnica w odniesieniu do tego stanu, który towarzyszył mi przed operacją, kiedy to byłem słaby i bezsilny” – mówi z zadowoleniem Pan Wojciech. 1 września 1995 roku powrócił do pracy, gdzie na pełnym etacie pracuję do dzisiaj jako wykładowca akademicki na Uniwersytecie Warszawskim (Wydział Fizyki). I radzi sobie doskonale, gdyż został wyróżniony przez studentów (kiedy powrócił na uczelnię po operacji), choć także wcześniej jego praca była niejednokrotnie doceniana. „Od samego początku miałem takie przeświadczenie, że spotkało mnie w życiu coś niezwykłego, coś wyjątkowego. Cały czas oprócz osobistej wdzięczności dla profesora Zbigniewa Religi i jego zespołu, czułem, że mam do spłacenia jakiś dług”. Dlatego Pan Wojciech także zaangażował się w pracę społeczną w Stowarzyszeniu Transplantacji Serca, które zostało zarejestrowane w 1989 i jest najstarszym tego typu stowarzyszeniem w Polsce. „Współpracujemy z ośrodkami, które wykonują przeszczepienia serca. Pomagamy im także finansowo. Wspieramy również wszelkie kampanie popularyzujące tą metodę leczenia, jaką są przeszczepy. Spotykamy się ze studentami. Na wiosnę będziemy mieli akcję cyklu wykładów w klasach maturalnych. Prowadzimy dla pacjentów po przeszczepieniu serca turnusy rehabilitacyjne oraz warsztaty psychologiczne, które cieszą się dużym zainteresowaniem” – wymienia podstawowe działania Stowarzyszenia Transplantacji Serca Pan Wojciech Skubiszak. Warto dodać, że reprezentacja STS bierze udział w międzynarodowych olimpiadach – w roku 2002 w Klagenfurcie uczestniczyła ekipa 13 osobowa, w roku 2004 w Dublinie – ekipa 11 osobowa, która zdobyła 19 medali, a drużyna siatkówki wywalczyła puchar za 1 miejsce. Organizowane są też liczne obozy i zawody sportowe – np. Biegi Serc w Bocheńcu (2005 rok). „Kiedy w Warszawie i okolicach mieliśmy już 15 członków w Stowarzyszeniu, postanowiliśmy wspólnie z Tadeuszem Żytkiewiczem, Marianem Granowiczem, dr Jerzym Wołczykiem, (który się nami opiekował) – założyć koło warszawskie Stowarzyszenia Transplantacji Serca” – dodaje Pan Wojciech.

Kiedy słuchałem wypowiedzi Pana Wojciecha uświadomiłem sobie, jak to jest niesamowite, że tak wspaniale te osoby potrafiły wykorzystać ten wielki dar jakim był przeszczep i z taką determinacją i zaangażowaniem pomagają dziś innym i podejmują rożne działania w ramach stowarzyszenia. To dowód m.in. na to, że mimo choroby i trudności, można realizować swoje cele, marzenia, być czynnym i cieszyć się życiem. Pan Wojciech Skubiszak pod koniec naszej rozmowy powiedział także inne, bardzo ważne i znamiennie zdanie: „Chciałbym podkreślić, że metoda transplantacji serca jest w wielu przypadkach jedyną ratującą życie. W przypadku chorób serca nie ma środków zastępczych tak jak są one możliwe np. w przypadku chorób nerek (dializy). W sytuacji ludzi, oczekujących na przeszczep mamy do czynienia z dość smutną prawdą: albo ktoś dożyje do momentu kiedy będzie dawca albo mu się to nie uda. W związku z tym chciałbym podkreślić, że te ostatnie wydarzenia, które dotknęły środowisko kardiochirurgów „odbiły się” negatywnie w społeczeństwie. Spadła ilość dawców i liczba przeszczepów”.

Rozmowy z tymi trzema osobami były dla mnie niezwykle budujące. Radość, która od nich emanowała z powodu tego, że dzisiaj żyją oraz łzy jakie pojawiły się w chwilach wzruszenia, kiedy rozmawialiśmy o osobach, które były ich dawcami – ukazała mi jedną ważną i fundamentalną prawdę: gdyby nie przeszczep, tych ludzi dzisiaj by nie było. Nie zobaczyłbym ich uśmiechu, nie widziałbym ich szczęścia z powodu tego, że mogą dzisiaj spełniać się w Stowarzyszeniu Transplantacji Serca oraz pełnić tyle ważnych ról w swojej rodzinie. Kiedy wchodziłem do siedziby STS zwróciłem uwagę na plakat, na którym był jakże wymowny napis: „Nie zabieraj swoich narządów do nieba. One potrzebne są tutaj”. To prawda. Warto sobie uświadomić, że dziś wielu ludzi, czasami długimi miesiącami czy latami, oczekuje na przeszczep. Żyją nadzieją, że będą mieli szansę na to by dłużej cieszyć się życiem. Pomyślmy o tym. Tym bardziej teraz, kiedy stanowisko Kościoła w odniesieniu do transplantacji jest klarowne i jasne: ofiarowanie organów do przeszczepu jest wielkim aktem miłości. Ojciec Święty Jan Paweł II w Encyklice Evangelium vitae napisał, że na heroizm naszej codzienności „składają się małe lub wielkie gesty bezinteresowności, umacniające autentyczną kulturę życia. Pośród tych gestów na szczególne uznanie zasługuje oddawanie organów, zgodnie z wymogami etyki, w celu ratowania zdrowia, a nawet życia chorym, pozbawionym niekiedy wszelkiej nadziei”. W Rzymie podczas przemówienia do uczestników Światowego Kongresu Towarzystwa Transplantologicznego Jan Paweł II także mówił, że: „należy zaszczepić w sercach ludzi, zwłaszcza młodych, szczere i głębokie przekonanie, że świat potrzebuje braterskiej miłości, której wyrazem może być decyzja o darowaniu narządów”. Dlatego nie bądźmy obojętni. Niech ten „Międzynarodowy Krwiobieg Miłości” trwa nieprzerwanie…

Mariusz Kalinowski – grudzień 2007 r.

 458 total views,  1 views today

Komentuj

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *